Salon Piszących w Szkocji

czwartek, 28 sierpnia 2008

Prawa Murphy'ego

Co jakis czas Buhaj i ja lubimy sobie pozwiedzac Szkocje. Bo to piekny kraj jest i choc maly to uroczych/ciekawych/wartych odwiedzenia zakatkow jest mnostwo.

Poniewaz jeszcze nie mamy wlasnego autka, czasem podroz jest sporym wyzwaniem. Transport publiczny w Szkocji nie jest najgorszy, ale nie wszedzie da sie dojechac w jako takich warunkach i o sensownej porze. Dlatego jak znajda sie jacys znajomi z samochodem, ktorzy maja dwa wolne miejsca na wyprawe w nieznane, od razu wsiadamy!

Wsiedlismy wiec w sobote z zamiarem dojechania na Wyspe Skye, ale udalo nam sie dojechac tylko do Shiel Bridge, kilka mil od zamku Eilean Donan.



Samochod padl. Kilka godzin oczekiwania na pomoc drogowa. Samochod zostaje odcholowany do serwisu, a my, na szczescie, dostajemy auto zastepcze. Sobota juz stracona, jemy rybe z frytkami, jedziemy do B&B i spedzamy wieczor grajac w karty. Na dworze leje jak z cebra i wiatr taki, ze glowe chce urwac.

Niedziela spoko, pogoda do przejscia, robimy runde dookola wyspy. Jest pieknie.







I to tyle fotek. Potem dla odmiany padl nam aparat i nie dostalismy zastepczego.
Ogolnie nie bylo tak zle. Wyspa piekna. Ale bedziemy musieli tam wrocic.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Sportowy duch

Kurcze blade, znowu nie mam na nic czasu. W pracy usiluje podgladac olimpiade, czasem uchwyce Polakow na zywo, na stronie BBC (ktora pokazuje naraz kilka konkurencji), a poza tym czytam relacje Z Czuba.
Troche dopinguje, troche trzymam kciuki. Smutno mi, jak im sie nie uda.

Irytuja mnie analizy porazek, obrzucanie sie blotem i szukanie winnych. Denerwuje mnie tez nabijanie sie z zawodnikow, kiedy sie probuja tlumaczyc. Tez bym sie glupio tlumaczyla, gdyby mnie dopadl tlum dziennikarzy i kibicow domagajacych sie wyjasnienia, dlaczego mi zle poszlo. Dobrze, ze normalny czlowiek sie nie musi na kazdym kroku tlumaczyc, dlaczego cos schrzanil. Zalozmy, ze ide na rozmowe kwalifikacyjna w sprawie pracy. Wazna sprawa. Denerwuje sie jak diabli. Przygotowywalam sie kilka tygodni. Od tego zalezy moja przyszlosc. Rozmowa jest stresujaca, ludzie niemili, zawalam cala sprawe. Wychodze i tlum dziennikarzy pyta: dlaczego? Spadowa, co to kogo obchodzi.

Juz nie mowiac o wkladaniu ludziom w usta rzeczy, ktorych nie powiedzieli. Lucjan Blaszczyk powiedzial, ze jesli pokona Chinczyka, to droga do medalu bedzie stala otworem. Tytul artykulu: Blaszczyk zapowiada medal. Moze jestem glupia, ale moim zdaniem Blaszczyk zadnego medalu nie zapowiedzial. Ktos tu nie wie, jaka implikacje maja zdania warunkowe. Moze logiki sie nigdy nie uczyl. Ani polskiej gramatyki swoja droga.

Zreszta wyslannicy BBC do Pekinu wcale nie sa lepsi. Mimo, ze Brytyjczykom na olimpiadzie idzie fantastycznie (sa na trzecim miejscu w klasyfikacji medalowej), to reporter potrafi zastrzelic biegaczke pytaniem: nie awansowalas do finalu, choc na ciebie liczylismy. Co masz do powiedzenia swoim kibicom? Biegaczka: Sorry? (no bo co ma, kurde, powiedziec?) Albo: mikst badmintonistow wlasnie przegral mecz. Reporter do zawodniczki: czy po tym niespodziewanie przegranym meczu dalej potrzymujesz swoja decyzje o sportowej emeryturze? Zawodniczka placze w recznik.

Na Boga! Az mnie sie lza zakrecila w oku. Chyba tylko ja jestem taka naiwna, ale uwazam, ze jak sie komus nie powiodlo, to mu sie naleza slowa otuchy, a nie oskarzenia, bluzgi i wyzwiska. Przeciez dla tych ludzi indywidualnie porazka to znacznie wieksza tragedia niz dla kibicow.
Glupia propaganda sukcesu. Zreszta sukces tez jest pojeciem wzglednym. Kwalifikacja olimpijska to sukces. Wygranie pierwszego meczu to sukces. Pokonanie samego siebie w ciezkim dniu i ukonczenie wyscigu to sukces. A nie tylko zloty medal.

Bardzo chetnie wydrapalabym ze wszystkich slownikow zwiazek frazeologiczny: nadzieja medalowa. Brzmi beznadziejnie. I dziala na zawodnikow odwrotnie. Za nic nie chcialabym na swoich barkach dzwigac nadziei calego narodu na to, ze zdobede medal. Jakos to zreszta latwiej przychodzi tym, co zadnej nadziej nie dzwigaja, tylko sprawiaja niespodzianke.

Na koniec jeszcze: jakis idiota napisal na blogu Kuby Jelonka (46 miejsce w chodzie na 20 km), ze skoro sie nie spisal, to nie zasluguje na wycieczke na Wielki Mur. Ja tam sie ciesze, ze moj kraj reprezentuje chlopak ciekawy swiata. Byla okazja, niech korzysta, a nie siedzi w wiosce olimpijskiej na czterech literach. Olimpiada to tez przygoda. Pozwolmy naszym reprezentantom nacieszyc sie swoja przygoda. Sa w koncu olimpijczykami, nie pojechali do Pekinu za piekne oczy, zasluzyli na nia.
Howgh!

czwartek, 14 sierpnia 2008

Osiemnastka

Ale fajnie. Siedze w pracy zaslonieta monitorem oraz duzym bukietem kwiatow. Troche przysypiam, bo wczoraj wypilam sporo wina i potem nie moglam usnac.
Dostalam kartke z zyczeniami po angielsku, polsku i hiszpansku :)
Polacy na urodziny nie wygrali mi w Pekinie zadnego medalu. Ba, nawet Roger Federer sie dzis nie popisal. Nieladnie.
Plany na wieczor? Wracam do domu i zasypiam przed telewizorem. A bo tak w ogole, to mam nowy telewizor. Wypasiony! Odkupilismy od znajomego, ktory przeprowadza sie z Edynburga do Madrytu i sprzedal go za jakies pol ceny (i jeszcze dorzucil cos fajnego).
Kolejna osiemnastke celebrowalam wczoraj w pubie z niezastapiona brygada z pracy i poswietuje jeszcze w sobote ze znajomymi (najmlodszy ma trzy miesiace).
Kiedy ja spie, Buhaj plytkuje lazienke.

PS A Beata Tyszkiewicz tez ma dzis urodziny. Spotkalam ja raz w zyciu, podobala mi sie bardzo i od razu czulam ,ze mamy cos wspolnego ;)

wtorek, 12 sierpnia 2008

Gotuj z Lakoma (2)

Lakoma bardzo lubi jesc deserki, ale wcale nie lubi ich przygotowywac. Bo to zwykle jest straszna babranina i jeszcze trzeba finezyjnie udekorowac/podac.
Czasem jednak Lakoma nachodzi chec na jakis naprawde wypasiony deser i Lakoma przygotowuje go tylko po to, zeby sprawdzic, czy umie.

Tak bylo z creme brulee. Kiedy bylismy w Turcji na wakacjach, w hotelu podawali cos na ksztalt creme, tylko bardziej budyniowe. I postanowilam sobie, ze jak wroce to zrobie prawdziwy. Joan uczynnie zapodala na swoim blogu przepis. Pogrzebalam jeszcze w sieci i wybralam taki, ktory wymagal najmniej zachodu - Pascala Brodnickiego. Poniewaz nie potrzeba mi bylo tak duzo, zrobilam z polowy porcji.

Skladniki:
5 zoltek
500 ml smietany kremowki (whipping cream)
pol laski wanilii
45 g cukru (dodalam polowe tego co u Pascala i bylo za slodkie, wiec mysle, ze tyle starczy)
lyzka miodu
brazowy cukier do posypania

Zoltka wymieszaj z cukrem i miodem na kogel mogel. Do masy powoli dolewaj smietanke i caly czas ubijaj (mikserem). Rozetnij laske wanilii i wyskrob nasionka. Wrzuc do masy razem z laska. Wstaw na godzine do lodowki. Po godzinie wyjmij laske, mase rozlej do miseczek. Postaw na blaszce, do ktorej wlej wode do 3/4 wysokosci miseczek. Wstaw do piekarnika rozgrzanego do 160 stopni i piecz przez 25 minut. Gotowy creme brulee po wstrzasnieciu faluje jak galaretka.

Creme wystudz, a nastepnie posyp (szczodrze) brazowym cukrem. Wstaw do piekarnik z opcja grill i zapiecz az do skarmelizowania cukru. Pycha!

Gotowy creme brulee wyglada tak:

(prosze udawac, ze nie widzicie pozolkklej serwetki)


A z bliska tak:

(Mozna bylo jeszcze troche dopiec, ale juz sie przypiekal po brzegach)


Creme brulee byl w sobote, a na niedziele pozostalo mi wymyslic, co zrobic z 5 bialkami. Proscizna. Z 5 bialek robimy Pavlova.


Skladniki:
5 bialek
szczypta soli
200 g cukru pudru
lyzka maki kukurydzianej
lyzka octu (winnego) (nie mialam, dalam ryzowy)
300 ml smietany kremowki
cukier do smietany wedle uznania
owoce do dekoracji

Bialka ubij z sola na sztywna piane. Powoli dodawaj cukier i miksuj, az piana bedzie lsniaca. Dodaj make kukurydziana i ocet i dobrze wymieszaj. Wlej do blaszki wylozonej papierem do pieczenia. Chwile zapiecz w 140 stopniach, a potem piecz w 110 stopniach przez dwie godziny. Zostaw w piekarniku do wystygniecia!
Smietane ubij z cukrem (dodalam tez troche waniliowego). Wyloz na bezowy blat, udekoruj owocami (w moim przypadku maliny, posypalam tez starta gorzka czekolada).
Beza w Pavlovej jest z zewnatrz chrupiaca, a w srodku mokra i ciagnaca.

Gotowa Pavlova wyglada tak:


A z bliska tak:


Deser wymyslil w latach dwudziestych XX wieku nowozelandzki szef kuchni na czesc Anny Pawlowej, primaballeriny wowczas bedacej w tournee po Nowej Zelandii.
Anna Pawlowa w swej najslynniejszej roli, umierajacego labedzia z Karnawalu Zwierzat Camille'a Saint-Saensa:



Mam podejrzenie, ze Anna Pawlowa i tak deseru nie zjadla. Moze jest i lekki, ale kalorii ma co niemiara, a wiadomo, ze baletnice kalorie licza jak nikt!

Nieliczacym kalorii - smacznego!

środa, 6 sierpnia 2008

Złośliwość rzeczy martwych... i żywych dostawców

... po drodze nie okazuje się, że nie dowieźli prysznica, bo kierowca nie mógł się dostać do klatki (chociaż nasz sąsiadka z dołu, Shena, specjalnie wyglądała naszej paczki). Nie okazuje się, że nowa pompa działa, ale przestaje, jak Kasia chce wziąć prysznic...

Z tego wszystkiego spóźniłam się do pracy pół godziny - rano dzwoniłam do firmy dostawczej, żeby się dowiedzieć, gdzie nasz prysznic. A potem tak się zamyśliłam, że przegapiłam swój przystanek. Brawo. Cały dzień lało jak z cebra, więc w pracy się musiałam suszyć farelką. Potem moja szefowa mnie wkurzyła (akurat jak mam do zrobienia projekt, który wymaga koncentracji, to się okazuje, że jest milion rzeczy, które tylko ja wiem jak zrobić). A po południu się okazało, że... kierowca znów nie zostawił naszej paczki, bo nie miał kto podpisać. Chociaż rano wyraźnie sobie zażyczyłam, żeby zostawił u któregokolwiek z sąsiadów. Słowo daję, po angielsku ludzie nie rozumieją. Tym razem awanturował sie Buhaj. I zobaczymy jutro. Chciałam tylko napomknąć, że w pisaniu zażaleń to ja jestem niezła. Po angielsku również.

CDN

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Remoncik

Ze rzeczy martwe sa zlosliwe, to ogolnie wiadomo. Ze jak potrzebuje umyc sobie glowe, tudziez inne czesci ciala, to wlasnie musi sie zepsuc pompa do prysznica nie dziwi mnie wcale.

Gwoli wyjasnienia, jakby sie ktos zastanawial, po co mi pompa przy prysznicu - tak sa skonstruowane lazienki na Wyspach (w wiekszosci, szczegolnie jak sie mieszka w starej kamienicy): tank z woda zimna, rury, bojler, pompa, ktora pompuje ciepla wode z bojlera, zimna z tanku. Bojler przy podlodze w szafce w kuchni, tank pod sufitem w sypialni. W kranach mam wrzatek, a w prysznicu ledwie ciepla wode (cisnienie z tanku jest lepsze).

Na szczescie Buhaj sie na tym calym hydraulicznym ustrojstwie zna swietnie, bo tym miedzy innymi zarabia na zycie. Rozebral sciane w lazience i wyjal stamtad przedpotopowa pompe (az w Internecie szukal schematu, bo takiej jeszcze nie widzial). Jak juz postawil diagnoze, to przedyskutowalismy sprawe i zadzwonilismy do naszego landlorda, Stefana (kto jeszcze o Stefanie nie slyszal, niech zajrzy tu). Powiedzielismy mu tak:

-Stefan, listen, mamy dla ciebie deal...

Stefan slowo deal swietnie rozumie. Zgodzil sie w calej rozciaglosci na nasz plan i zobowiazal sie jeszcze cos dorzucic.

Plan jest taki: Buhaj wymieni nieszczesna pompe, przy okazji antyczny prysznic oraz z lekka grzybiejace kafelki. Stefan zaplaci za wszystkie materialy oraz dorzuci 50 funciakow za robocizne. Buhaj chcial to za darmo zrobic, ale Stefan jest honorowy. To znaczy co mu tam £50, jakby chcial wziac tutejszego hydraulika z tutejszym plytkarzem, to by zaplacil znacznie wiecej. Nasz zysk jest taki, ze za darmo, w jeden-dwa wieczory bedziemy miec odswiezona lazienke. Przy okazji moze nawet szafke w lazience powiesimy i upchniemy tam moje mazidla.

Poki co myjemy sie pod prysznicem z jedna lysa sciana (tam, gdzie Buhaj zdjal kafelki), z woda lekko ciepla. Pompa i prysznic zamowione, przyjezdzaja jutro, dzis najprawdopodobniej pojdziemy po kafelki. Jutro Buhaj zaczyna robote, a w czwartek mamy nowa lazienke. Stefan wypisuje czek. Koniec.

PS Po drodze nie okazuje sie, ze pompa nie taka, rury cos tam, kafelki odpadly...

sobota, 2 sierpnia 2008

Archiwum

Mam przyjemnosc poinformowac szanownych czytelnikow, ze wszystkie posty z poprzedniego bloga (bloga Lakomej) zostaly przeniesione do archiwum. Jesli ktos sobie chce przypomniec jakis przepis, czy cos, to zapraszam. Posty sa zebrane w jeden, miesieczny wpis. Komentarze, niestety, nie zostaly przeniesione, ale jak kiedys bedzie mi sie nudzic, to kto wie.
W nastepnej kolejnosci do archiwum zostana przeniesione wszystkie posty z Bezsennika Niecodziennego (czyli bloga Izzie), prowadzonego miedzy sierpniem 2004, a czerwcem 2007. To troche zajmie, ale tam bylo kilka takich postow, ktorym zwyczajnie nie moglam pozwolic przepasc.
No i w miedzyczasie nowe posty tez sie beda pojawiac. Obiecuje!

PS Tamtararamtam, tam, tam! Bezsennik Niecodzienny dodany. Fascynujace notatki z 4 lat z zycia Izzie/Lakomej/Kasi niniejszym dostepne.
:)