Salon Piszących w Szkocji

środa, 29 października 2008

Denerwujące piosenki

Właśnie sobie obejrzałam na BBC Three powtórkę programu: The 100 Most Annoying Pop Songs We Hate To Love i trochę się poskręcałam ze śmiechu. Niektóre piosenki na liście wcale nie są irytujące, po prostu łatwo wpadają w ucho i nie chcą się odczepić. Inne serwowane były w radio i TV tak często, że mielismy ich dość. Pełna listę można sobie przeczytać tu. Pewnie w Polsce wybralibyśmy nieco inaczej, dołożylibyśmy tez kilka irytujących rodzimych szlagierów.

Tymczasem GaduGadu Radio, kanał Hity Lat 90 zaserwował mi właśnie jeden z absolutnie wkurzających (i głupich) przebojów, który przyprawiał mnie o czkawkę, wysypkę i inne dolegliwości jakoś w okolicach pierwszej klasy liceum. Tym razem nie dostałam wysypki, a obśmiałam się jak norka.

Here we go:







Natomiast piosenka, której szczerze nienawidziłam na początku studiów nastąpi poniżej. Codziennie rano w przejściu podziemnym koło stacji metra Centrum puszczali to na okrągło, na cały regulator.







Bue. No powiedzcie sami, Celine Dion to przy tym naprawdę małe mickey.

Jeśli natomiast mówimy o piosenkach, których nienawidzę uwielbiać, to choćby poniższa. Ech, pamiętam jak w Proximie tańcowaliśmy to z moich kumplem ze studiów, Piotrkiem :) A piosenka jest w zasadzie w naszym wieku...







Nie ma to jak przebojowy kawałek o młodzieżowym hostelu...

wtorek, 28 października 2008

A change would do you good

Nie to, ze tak mi zle w pracy. Moge e-booki czytac, ukladac pasjansa na Facebooku, spozniac sie 20 minut i wychodzic wczesniej, a czasem nawet obzerac sie na koszt formy. Moja szefowa nie jest moze najlepsza szefowa na swiecie i celuje w zwalaniu na mnie swojej roboty oraz przywlaszczaniu sobie moich zaslug, ale miewalam gorszych szefow. Przynajmniej czasem mnie podwozi do domu.

Caly problem w tym, ze strasznie mi sie tu nudzi. Kiedy zaczynalam ponad dwa lata temu, moje stanowisko bylo nowe i wszystko trzeba bylo wymyslic i ustalic. A teraz wszystko dziala i czlowiek bezmyslnie robi w kolko to samo. Nuda. Chcialabym robic cos nowego, cos innego.

Wyslalam CV w piatek i zobaczymy. Poki co szef podwiozl mnie do domu w piatek, a szefowa wczoraj (nie wiedzac wcale, ze mysle o odejsciu - ale, byc moze, cos podejrzewajac). Dzis szefowa wlasnie dyskutuje z kadrami o podwyzce dla mnie. No bardzo sie ciesze, ze taka jestem doceniana, ale to zupelnie nie o to chodzi. Chodzi o to, ze potrzebuje zmiany, a zmiana koloru wlosow i fryzury nie zadzialala.

Trzymajcie kciuki :)

środa, 15 października 2008

E-booki

Kiedys, bardzo dawno temu, w jednej z moich pierwszych prac, nudzilam sie zawziecie. Robilam wszystko bardzo dokladnie i powoli, zeby sobie wypelnic czas. Bez skrupulow uzywalam gadu-gadu na sluzbowym kompie. A potem to nawet mulka. Czasem z kolezanka filmy ogladalysmy, wciskajac pauze, jak dzwonil telefon.
Wbrew pozorom, to wcale nie byla fajna praca, bo i tak wracalam zmeczona i jeszcze sie uwstecznialam.

Ale nie o tym chcialam.
W tej wybitnie nudnej pracy z tych zawzietych nudow przeczytalam caluskiego Wiedzmina w formie e-bookow.

Obecnie w pracy jestem raczej zajeta, ale czasem tylko udaje. Zeby mi przypadkiem nie dorzucili wiecej. Czytanie e-bookow (podobnie jak pisanie bloga) swietnie sie sprawdza (szczegolnie odkad siedze przodem do drzwi i nikt nie widzi mojego monitora). Czasem wiec czytam sobie online gazety, a czasem ksiazki. Przeczytalam chyba cztery ksiazki Kinga wiosna, kiedy siedzialam w pokoju z okropna kolezanka i udawalam, ze jestem zajeta, zeby mi nie zawracala d***.

No i fajnie, kazda wolna chwile nalezy wykorzystac na czytanie pozytecznych pozycji. Sek w tym, ze ja nie lubie czytac na komputerze. W pracy, oczywiscie, nie da sie inaczej - poza przerwa na lunch, kiedy moge po prostu wyjsc i usiasc gdzies z ksiazka. Ale jak zaczytam sie czyms w pracy, to potem w autobusie juz nie da rady (nie mam laptopa, a nawet gdybym miala, to w autobusie niewygodnie), w domu tez wole sie rozsiasc, czy wyciagnac z ksiazka, a nie sleczec przed monitorem.

A tymczasem Joan (Kraina Deszczowcow) rozpetala wlasnie e-bookowe szalenstwo! Odkurzylam cyfrowa biblioteczke, powymienialam sie i okazuje sie, ze do czytania mam ho ho i jeszcze troche :)
Czy e-booki sie da czytac jakos inaczej niz na kompie? Na iPodzie, na przyklad? Bo ja jutro lece do Polski i nie bede miec podrecznego kompa, zeby te Hanne Krall dokonczyc...

czwartek, 9 października 2008

Gotuj z Lakoma (3)

Wczoraj ugotowalo mi sie na obiad cos tak pysznego, ze absolutnie nie mozna przepisowi (z cyklu czyszczenie lodowki) pozwolic przepasc. No, no, no.

Danie moze sie nazywac wariacje na temat spaghetti. Albo (podoba mi sie znacznie bardziej) spaghetti a la Lakoma.

Potrzebne beda:
  • spaghetti ugotowane al dente
  • cebula
  • mielona wolowina
  • suszone grzyby (akurat mialam chinskie)
  • przecier pomidorowy
  • oliwki (mialam zielone i czarne)
  • orzechy piniowe (jakas resztka mi sie ostala)
  • marynowane papryczki chilli (jak ktos nie lubi bardzo ostrego, to odradzam, ja po prostu czyscilam lodowke)
  • czosnek
  • oliwa z oliwek
  • swiezo zmielony pieprz
  • mieszanka ziol wedle uznania
  • parmezan lub inny ser do posypania
  • przyprawy wedle uznania

Na patelni smaze pokrojone cebule i mieso. Mieso wczesniej trzymalam caly dzien w ostrej Vegecie (ktorej cale tony przywoze z Polski). Rownie dobrze mozna uzyc przyprawy do miesa mielonego lub jakiejs innej mieszanki wedle uznania. Jak sie troche podsmazy to dolewam wody, wrzucam uprzednio namoczone grzyby (razem z woda) i dusze do miekkosci (lub odparowania czesci wody). Przyprawiam pieprzem, papryka i co mi tam w reke wpadnie, jesli mieso nie bylo juz wystarczajaco doprawione. Do miksera wrzucam oliwki, orzeszki, czosnek, papryczki, pieprz i wlewam troche oliwy z oliwek. Calosc mieszam na paste. Paste wrzucam do miesa i zostawiam, zeby popyrkalo jakies 15 minut. Potem dodaje przecier pomidorowy i dokladnie mieszam. Na koniec dosypuje ziol wedlug uznania, moga byc swieze. Gotowym sosem polewam makaron, posypuje serem, a potem wszystko mieszam i wcinam.

Ponizej zdjecie. Sorry ze niespecjalnie estetyczne, ale bylam tak glodna, ze zaczelam jesc, zanim wyjelam aparat :)

A ponizej widac nawet troche skladniki:

Smacznego!

wtorek, 7 października 2008

Byk w składzie porcelany

Nigdy nie zdołałam opanować jakiegoś sensownego zbioru angielskich przysłów. Czasem by się przydały, a tu nic. Polskie pamiętam, a angielskich nie znam, po prostu. Koniec końców usiłuję tłumaczyć z polskiego i zwykle ktoś mi podpowie, jak to jest po angielsku. Tak właśnie odkryłam, że po angielsku słoń w składzie porcelany też jest. Tyle, że jest, jak byk, bykiem. To be like a bull in a china shop mawiają anglojęzyczni.

Buhaj jest absolutnym mistrzem w tłumaczeniu przysłów. Żadne tam słowo w słowo. Inwencja twórcza wskazana. Dajmy na to taki przydatny zwrot: zły to ptak, co własne gniazdo kala, chciał powiedzieć Buhaj, tłumacząc klientowi, że nie wypada brać od niego roboty na boku*. W tłumaczeniu Buhaja: bad is the bird that shits in its own yard.

Klient chyba nie do końca zrozumiał, o co w przysłowiu chodzi, bo jakiś czas później zadzwonił do Buhaja z propozycją. Klient (Alex):
- I know you don't really want to do it, but... would you shit in my yard?

*gwoli wyjaśnienia: Buhaj pracuje jako self-employed, czyli ma coś w rodzaju własnej działalności gospodarczej. Zwykle pracuje jako podwykonawca. W tym konkretnym wypadku klient stwierdził, że bardziej mu się opłaca zatrudnić Buhaja bezpośrednio. Buhaj chciał być w porządku wobec firmy, czyli wykonawcy.