Pamiętacie, jak 20 lat temu będzie, pani Monika Adamczyk dokonała nowego przekładu Kubusia Puchatka, który miał być zgodniejszy z oryginałem? I żeby było w zgodzie z oryginałem przechrzciła Kubusia na Fredzię Phi-Phi? No bo w oryginale Kubuś ma na imię Winnie. Pani Adamczyk sądziła, że jest to skrót od Winnifred, imienia żeńskiego. Że się myliła, można się dowiedzieć z Wikipedii. Zresztą, nawet gdyby Kubuś miał naprawdę na imię Winnifred, to całe pokolenia polskich dzieci znają i kochają go jako Kubusia. Moim skromnym zdaniem Irena Tuwim miała świetne wyczucie wymyślając misiowi nowe, polskie imię.
Całe pokolenia wiernych polskich czytelniczek Ani z Zielonego Wzgórza i dalszych tomów żyje pewnie w błogiej niewiedzy. Dzięki Projektowi Gutenberg (oraz Wikipedii) przeżyłam ostatnio prawdziwy szok, kiedy odkryłam, jak naprawdę mieli na imię bohaterowie serii, którzy w polskim tłumaczeniu dostali polskie imiona.
O, na przykład pani Małgorzata Linde naprawdę miała na imię Rachel.
Iza Gordon (współlokatorka Ani z Ani na Uniwersytecie) naprawdę ma na imie Phillipa, a jej mąż Jerzy ma na imię Jonah.
Ewa West (przyjaciółka Ani w Wymarzonym Domu Ani) w oryginale ma na imię Leslie. Leslie!
No i wreszcie pierworodny syn Ani James Matthew (Jakub Mateusz) nazywany jest Jemem, a nie Jimem, a jego przyszła żona, córka pastora, Flora Meredith, ma naprawdę na imię Faith.
Krzyś Ford, ukochany Rilli, najmłodszej córki Ani, to Kenneth. Ken znaczy. Jak ten od Barbie.
Wiedzieliście? Ja nie i poczułam się, jakbym mówiła o bohaterach innych książek. Kwestia przyzwyczajenia? A może spolszczenie imion bohaterów sprawiło, że stali się bardziej swojscy, przyjaźni i oswojeni? Nie mam pojęcia. Z ciekawości przeczytam oryginalne wersje, ale wiem jedno - dla mnie ci bohaterowie zawsze będą mieć polskie imiona.
Salon Piszących w Szkocji
sobota, 28 marca 2009
poniedziałek, 23 marca 2009
Powitanie wiosny
W sobote pogoda byla tak piekna, ze postanowilismy wdrapac sie na Arthur's Seat (na powitanie wiosny). Nie bylo latwo po zimie przelezanej na sofie... Niemal! Ale wdrapalismy sie i bylo warto.
W piatek minelo 4 lata, odkad przyjechalam na Wyspy. Nie zaluje! A sobotni spacer tylko mi uswiadomil, jak bardzo mi sie podoba w Szkocji (nawiasem mowiac wczoraj minelo 3 lata odkad przeprowadzilam sie do Edynburga).
Pare fotek z soboty:




W piatek minelo 4 lata, odkad przyjechalam na Wyspy. Nie zaluje! A sobotni spacer tylko mi uswiadomil, jak bardzo mi sie podoba w Szkocji (nawiasem mowiac wczoraj minelo 3 lata odkad przeprowadzilam sie do Edynburga).
Pare fotek z soboty:
piątek, 13 marca 2009
Red Nose Day
Ha, ha! Dzisiaj jest dzien czerwonego nosa, kiedy wszyscy na wyspach robia cos smiesznego dla pieniedzy (a pieniadze sa przeznaczone na dzialalnosc chrytatywna organizacji pod nazwa Comic Relief - pomoc dla najubozszuch na Wyspach i w Afryce). Do something funny for the money - apeluja od rana i byc moze w drodze do domu kupie sobie w Sainsburym czerwony nos, ktory jest dzis na Wyspach odpowiednikiem czerwonego serduszka Wielkiej Orkiestry. Wieczor mam zamiar spedzic przed TV, bo tam sie bedzie dzialo!
Red Nose day odbywa sie co dwa lata. Cztery lata temu przyjechalam na Wyspy tydzien po, kiedy kazda szanujaca sie stacja radiowa nadawala oficjalny singiel akcji - wtedy byla to piosenka (Is This The Way To) Amarillo.
Dwa lata temu dostalam prawdziwego napadu smiechu, jak poszlam robic zakupy w przerwie na lunch i wszyscy sprzedawcy mieli czerwone nosy.
W tym roku zaczelam ogladac program Let's Dance for Comic Relief, ktorego final odbedzie sie jutro.
Przedsmaczek? Prosze:
Aktorzy z serialu The Bill wykonuja Riverdance (zwany tez Liverdance)
Zoe Ball i Suggs (Madness) tancza twista z Pulp Fiction
A jak sobie wpiszecie Let's Dance for Comic Relief do wyszukiwarki You Tube, to zobaczycie jeszcze lepsze rzeczy.
A tak Kate Bush i Rowan Atkinson (Jas Fasola) spiewali dla Comic Relief w 1986:
Ha, ha, ha! :)
Red Nose day odbywa sie co dwa lata. Cztery lata temu przyjechalam na Wyspy tydzien po, kiedy kazda szanujaca sie stacja radiowa nadawala oficjalny singiel akcji - wtedy byla to piosenka (Is This The Way To) Amarillo.
Dwa lata temu dostalam prawdziwego napadu smiechu, jak poszlam robic zakupy w przerwie na lunch i wszyscy sprzedawcy mieli czerwone nosy.
W tym roku zaczelam ogladac program Let's Dance for Comic Relief, ktorego final odbedzie sie jutro.
Przedsmaczek? Prosze:
Aktorzy z serialu The Bill wykonuja Riverdance (zwany tez Liverdance)
Zoe Ball i Suggs (Madness) tancza twista z Pulp Fiction
A jak sobie wpiszecie Let's Dance for Comic Relief do wyszukiwarki You Tube, to zobaczycie jeszcze lepsze rzeczy.
A tak Kate Bush i Rowan Atkinson (Jas Fasola) spiewali dla Comic Relief w 1986:
Ha, ha, ha! :)
czwartek, 12 marca 2009
Gotuj z Lakoma (7)
Nie mam czasu... (to już było)... więc gotuję zupy. Bo nie mam czasu i bo lubię. Przy pomocy przepisu na wywar, który już był ostatnio popełniłam dwie.
Zupa numer 1 - lentil soup czyli soczewicowa
Wywar ugotowałam z wariacją: ze świeżym imbirem, wyciśniętym ząbkiem czosnku oraz przyprawami Garam Masala i Tandoori.
Do gotowego wywaru wrzuciłam suchą soczewice i gotowałam aż do absolutnego rozwalenia soczewicy. Podałam z grzankami i natką pietruszki.

Zupa numer 2 - corn chowder czyli kukurydziana
Usmażyłam kilka plasterków boczku pokrojonych w kostkę z cebulką i wyciśniętym ząbkiem czosnku. Posypałam to łyżeczką mąki kukurydzianej, a potem zalałam wywarem. Zagotowałam, dodałam dużego ziemniaka pokrojonego w kostkę i puszkę kukurydzy. Zostawiłam na małym ogniu na jakieś 20 minut (do ugotowania ziemniaków), doprawiłam. Cześć zupy wlałam do miksera i zmiksowałam na gładko. Wrzuciłam z powrotem do garnka, dodałam jogurtu i wymieszałam. Dosypałam trochę swieżej kukurydzy i podałam ze żwieżą natka pietruszki.

Od dziś wszystkie przepisy (również archiwalne) z mojego bloga można znależć tu
Zupa numer 1 - lentil soup czyli soczewicowa
Wywar ugotowałam z wariacją: ze świeżym imbirem, wyciśniętym ząbkiem czosnku oraz przyprawami Garam Masala i Tandoori.
Do gotowego wywaru wrzuciłam suchą soczewice i gotowałam aż do absolutnego rozwalenia soczewicy. Podałam z grzankami i natką pietruszki.
Zupa numer 2 - corn chowder czyli kukurydziana
Usmażyłam kilka plasterków boczku pokrojonych w kostkę z cebulką i wyciśniętym ząbkiem czosnku. Posypałam to łyżeczką mąki kukurydzianej, a potem zalałam wywarem. Zagotowałam, dodałam dużego ziemniaka pokrojonego w kostkę i puszkę kukurydzy. Zostawiłam na małym ogniu na jakieś 20 minut (do ugotowania ziemniaków), doprawiłam. Cześć zupy wlałam do miksera i zmiksowałam na gładko. Wrzuciłam z powrotem do garnka, dodałam jogurtu i wymieszałam. Dosypałam trochę swieżej kukurydzy i podałam ze żwieżą natka pietruszki.
Od dziś wszystkie przepisy (również archiwalne) z mojego bloga można znależć tu
środa, 11 marca 2009
Edynburg jest mały
W zeszłym tygodniu zajrzał do mnie mój były szef. Zajrzał z prezentem i strasznie mi się zrobiło milo. Spojrzał na tabliczkę na drzwiach mojego biura, stuknął palcem w jedno z nazwisk i mówi:
- Znam go, to kolega mojej żony z roku. Wie o mnie takie rzeczy, że...
Ha! Wczoraj Chris pojawił się w pracy po przerwie, więc od razu mu całą scenkę opowiedziałam. I co się okazało? Że żona mojego byłego szefa owszem jest jego koleżanką ze studiów, ale również jest jego byłą sympatią. Którą mój były szef mu odbił!
- Nie, żebym czegoś żałował - zakończył Chris. - Od 40 lat jestem szczęśliwie żonaty.
Tak, tak.
Rekrutuję sobie asystentkę. Mam plik ponad stu aplikacji. I kogo znajduję? Dziewczynę, która pracowała w miejscu, gdzie organizowaliśmy w zeszłym roku służbową imprezę. Dziewczynę, którą zaprosiliśmy na rozmowę w moim poprzednim miejscu pracy. Postać znaną z pewnego polonijnego forum...
Tak, tak. Edynburg jest mały.
- Znam go, to kolega mojej żony z roku. Wie o mnie takie rzeczy, że...
Ha! Wczoraj Chris pojawił się w pracy po przerwie, więc od razu mu całą scenkę opowiedziałam. I co się okazało? Że żona mojego byłego szefa owszem jest jego koleżanką ze studiów, ale również jest jego byłą sympatią. Którą mój były szef mu odbił!
- Nie, żebym czegoś żałował - zakończył Chris. - Od 40 lat jestem szczęśliwie żonaty.
Tak, tak.
Rekrutuję sobie asystentkę. Mam plik ponad stu aplikacji. I kogo znajduję? Dziewczynę, która pracowała w miejscu, gdzie organizowaliśmy w zeszłym roku służbową imprezę. Dziewczynę, którą zaprosiliśmy na rozmowę w moim poprzednim miejscu pracy. Postać znaną z pewnego polonijnego forum...
Tak, tak. Edynburg jest mały.
wtorek, 10 marca 2009
I znow Troubles...
Opuscilam sie nieco w pisaniu bloga i teraz nie wiem od czego zaczac. Mam w glowie kilka zaleglych postow, ale niektore to pewnie znikna w niebycie cyberprzestrzeni, bo sie zdezaktualizowaly.
Z najswiezszych wydarzen, prosze sobie zajrzec do Ju, ktora relacjonuje z miejsca wydarzen.
Od siebie dodam, ze wciaz sie zastanawiam, skad sie w niektorych ludziach bierze bezustanna potrzeba walki. Kazdy powod dobry i kazdy wrog dobry. W sumie chyba nie trudno sobie wmowic, ze walczy sie za Sprawe. To dosc smutne, ze zeby poczuc sie bohaterem, trzeba najpierw kogos znienawidzic.
Na dodatek Polacy chyba zostali uznani za czesc lokalnej spolecznosci i automatycznie ustawienie przez RIRA po stronie wroga. Smutne.
Ja tam jestem pacyfistka i uwazam, ze walka zbrojna to rozwiazanie ostateczne. Acz rozumiem, dlaczego w niektorych czesciach swiata konflikty zbrojne sie tocza. Rozumiem, ale nie popieram. Co mnie zawsze dziwilo natomiast to fakt, ze ludzie wciaz maja potrzebe walki. Ze bycie zolnierzem - czy bojownikiem - ma wciaz pozytywny wydzwiek i ze takich ludzi sie respektuje. Ze w Stanach na przyklad, mezczyzni wybieraja kariere wojskowa ze wzgledu na prestiz, jaki ona daje. Kazde wydarzenie, ktore zaprzecza powszechnemu przekonaniu, ze amerykanski zolnierz jest prawy, od razu sie tuszuje. Zaglusza sie lopotem amerykanskich flag i sloganami o obronie amerykanskiej wolnosci i amerykanskich przywilejow. Dla RIRA zapewne bycie bojownikiem o niepodleglosc Irlandii Polnocnej pewnie znaczy to samo. W gruncie rzeczy to rownie romantyczne, co bezsensowne. Walka o nieistniejaca sprawe.
Lopot odwroconych amerykanskich flag mozna sobie obejrzec (goraca polecam) w dwoch filmach Clinta Eastwooda z 2006 - Sztandar Chwaly i Listy z Iwo Jimy, oraz w filmie z 2007 W Dolinie Elah. Wszystkie oparte na prawdziwych wydarzeniach.
Z najswiezszych wydarzen, prosze sobie zajrzec do Ju, ktora relacjonuje z miejsca wydarzen.
Od siebie dodam, ze wciaz sie zastanawiam, skad sie w niektorych ludziach bierze bezustanna potrzeba walki. Kazdy powod dobry i kazdy wrog dobry. W sumie chyba nie trudno sobie wmowic, ze walczy sie za Sprawe. To dosc smutne, ze zeby poczuc sie bohaterem, trzeba najpierw kogos znienawidzic.
Na dodatek Polacy chyba zostali uznani za czesc lokalnej spolecznosci i automatycznie ustawienie przez RIRA po stronie wroga. Smutne.
Ja tam jestem pacyfistka i uwazam, ze walka zbrojna to rozwiazanie ostateczne. Acz rozumiem, dlaczego w niektorych czesciach swiata konflikty zbrojne sie tocza. Rozumiem, ale nie popieram. Co mnie zawsze dziwilo natomiast to fakt, ze ludzie wciaz maja potrzebe walki. Ze bycie zolnierzem - czy bojownikiem - ma wciaz pozytywny wydzwiek i ze takich ludzi sie respektuje. Ze w Stanach na przyklad, mezczyzni wybieraja kariere wojskowa ze wzgledu na prestiz, jaki ona daje. Kazde wydarzenie, ktore zaprzecza powszechnemu przekonaniu, ze amerykanski zolnierz jest prawy, od razu sie tuszuje. Zaglusza sie lopotem amerykanskich flag i sloganami o obronie amerykanskiej wolnosci i amerykanskich przywilejow. Dla RIRA zapewne bycie bojownikiem o niepodleglosc Irlandii Polnocnej pewnie znaczy to samo. W gruncie rzeczy to rownie romantyczne, co bezsensowne. Walka o nieistniejaca sprawe.
Lopot odwroconych amerykanskich flag mozna sobie obejrzec (goraca polecam) w dwoch filmach Clinta Eastwooda z 2006 - Sztandar Chwaly i Listy z Iwo Jimy, oraz w filmie z 2007 W Dolinie Elah. Wszystkie oparte na prawdziwych wydarzeniach.
poniedziałek, 2 marca 2009
Jeśli dziś poniedziałek...
... to mam za sobą pierwszy dzień w nowej pracy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli przetrwam pierwszy dzień nowej pracy, to potem już będzie tylko lepiej. Nie zgadzam się. Pierwszy dzień jest towarzyski i przyjemny. Nikt niczego ode mnie nie oczekuje, trawię czas na poznawaniu nowych ludzi i ogarnianiu nowej firmy. W moim przypadku nie takiej nowej. Dziwnie było jechać do pracy na ten sam kampus, a potem minąć dawny budynek i skierować się w stronę innego.
Póki co nadążam, rozumiem, zmusiłam Outlooka do współpracy i oswoiłam otoczenie. Nie wiem, jak przetrwam w biurze z trzema podstarzałymi naukowcami, ale najprawdopodobniej i tak nie będę tam cały czas siedzieć (oni też nie). Czeka mnie selekcja nowej asystentki i mnóstwo nowych rzeczy do nauczenia. No i aklimatyzacja w roli managera, do którego każdy może przyjść z przeróżnymi problemami, a ja muszę wiedzieć, jak mu pomóc, gdzie wysłać, co zrobić. Kalendarz już zapełnił się spotkaniami i terminami. Wygląda na to, że nie będę się nudzić.
I jeszcze się przypadkiem dowiedziałam, że na moje stanowisko przyszła tona aplikacji. A wybrali mnie! Jeśli miałam jeszcze jakieś braki pewności siebie, to właśnie się ich pozbyłam.
Póki co nadążam, rozumiem, zmusiłam Outlooka do współpracy i oswoiłam otoczenie. Nie wiem, jak przetrwam w biurze z trzema podstarzałymi naukowcami, ale najprawdopodobniej i tak nie będę tam cały czas siedzieć (oni też nie). Czeka mnie selekcja nowej asystentki i mnóstwo nowych rzeczy do nauczenia. No i aklimatyzacja w roli managera, do którego każdy może przyjść z przeróżnymi problemami, a ja muszę wiedzieć, jak mu pomóc, gdzie wysłać, co zrobić. Kalendarz już zapełnił się spotkaniami i terminami. Wygląda na to, że nie będę się nudzić.
I jeszcze się przypadkiem dowiedziałam, że na moje stanowisko przyszła tona aplikacji. A wybrali mnie! Jeśli miałam jeszcze jakieś braki pewności siebie, to właśnie się ich pozbyłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)