Salon Piszących w Szkocji

wtorek, 31 lipca 2007

Nie mam czasu na blog 0707

31 lipca 2007
Zmiany


Jedyne, co w zyciu pewne to zmiany, mawia przyjaciel Buhaja i trudno mu nie przyznac racji. Swego czasu bardzo zmian nie lubilam, bo mi sie zawsze wydawalo, ze musza byc na gorsze. Potem sie przekonalam, ze kazdy dochodzi do momentu, w ktorym potrzebuje jakiejs zmiany, niewazne, czy bedzie to zmiana koloru wlosow, ustawienia mebli w sypialni czy zmiana miejsca zamieszkania na odlegle o 2 tysiace km od poprzedniego. Lub zmiana zepsutego mezczyzny na lepszy model.

Teraz mieszkam w kraju, w ktorym zmiany nie dokonuja sie ot tak, hop siup. Przyzwyczajenia, poglady, seriale i celebrities trwaja w Wielkiej Brytanii niewzruszenie niczym krolowa Wiktoria: poczawszy od dwoch kranow w lazience, poprzez poczucie imperialistycznej dumy po soap operas w telewizji. Jesli wam sie wydaje, ze najdluzszym serialem na swiecie jest Moda na Sukces, to sie grubo mylicie. EastEndersi 'leca' juz od 22 lat; Emmerdale - od 35, Dr Who (z przerwami) - 44 (tak, tak), ale absolutnym rekordzista jest Coronation Street (zwany przez fanow: Corrie), ktory widzowie ogladaja juz od 47 lat. Z innej nieco beczki: BBC zdjela Top of the Pops z anteny po 42 latach nadawania programu (tzn. zdjela nie do konca, bo BBC 2 pokazuje caly czas TOTP 2).

Czytajac najswiezsze doniesienia z kraju zastanawiam sie, czy tu w ogole byloby mozliwe, zeby angielskiemu odpowiednikowi Marka Niedzwieckiego, pracujacemu w angielskim odpowiedniku Trojki, kiedykolwiek pozwolono odejsc do innej rozglosni, skazujac tym samym podupadajace radio na absolutny upadek. No bo chyba nikt nie podejrzewa, ze sztandarowa audycja Trojki, czyli Lista Przebojow bedzie tym samym bez Niedzwiedzia. Lista to Niedzwiedz. Trojka skonczyla sie juz dawno temu, ale zdarzalo mi sie czasem wlaczyc radio w piatkowy wieczor, kiedy akurat nie mialam nic innego do roboty. Na pamiatke starych czasow, kiedy siadywalam z uchem przy radiu i zapisywalam cale notowania w specjalnym zeszycie i nagrywalam nowosci na kasecie. Zeszyty z notowaniami mam do dzis, podobnie kasety, zatytulowane, np. Trojka - lato 1993. (Tutaj zdarzalo mi sie rzadziej, bo nawet jak mi sie udalo zlapac Liste przez Internet, to polaczenie sie rwalo).

Tak sobie mysle, ze (nawiazujac do poczatku posta) Niedzwiedz potrzebowal zmiany, Trojka potrzebowala zmiany, a i sluchacze zapewne tez potrzebowali zmiany. A przeciez zmiany wcale nie musza byc na gorsze. I zeby nie byla na gorsze panu Markowi i sobie (sluchaczce) zycze.

Lakoma
4 .



23 lipca 2007
Poranna kawa

Jestem uzalezniona od porannej kawy. To znaczy mam takie glupie przekonanie, ze jak nie wypije rano kawy, to nie ma szans, zebym sie obudzila. Oczywiscie jest to absolutna bzdura, sprawdzilam. Kiedy bylam swego czasu na diecie oczyszczajacej i pilam tylko zielona herbate, to sie budzilam bez problemu. Mysle, ze to raczej kwestia (watpliwego) aromatu porannej kawy, sily przyzwyczajenia i, rzecz jasna, autosugestii.

Wstaje wiec sobie od poniedzialku do piatku o 7 rano, pedze do kuchni, zalewam kawe (bo, oczywiscie, nie mam ekspresu i pije badziewna rozpuszczalna) i zasiadam do komputera, zeby poczytac najswiezsze informacje. Inne spedzenie poranka nie wchodzi w gre i jak mi sie zdazy przysnac dluzej, to potem biegam po mieszkaniu niezorganizowana i spozniam sie tak, czy inaczej.

A mozna inaczej. Mozna zatrzymac sie w jakiejs kafejce i zamowic capuccino lub macchiato oraz francuskiego rogalika. Codziennie w drodze do pracy mijam maly barek, w ktorym ludzie wypijaja poranna kawe i pochlaniaja Scottish breakfast: jajko na bekonie, tosty, smazone kielbaski, grzybki, albo porcje haggisa. Blizej centrum moglabym sie zatrzymac w popularnych kawiarenkach, takich jak Starbucks, na ulubiony rodzaj kawy i ciastko. Czasem, jak przechodze kolo jakiejs kawiarenki w centrum, to az mnie skreca od zapachu. Wszystko to brzmi bardzo zachecajaco, kiedy na dworze jest piekna pogoda, swieci sloneczko i chce sie siasc na moment przy stoliku lub na lawce.

Biorac jednak pod uwage urok szkockiej pogody, szanse na cieply, sloneczny poranek sa niewielkie, a nawet jesli obudzi nas slonce, to do momentu wyjscia z domu wszystko sie moze 40 razy zmienic. Zacznie lac lub wiac i nici z kawki na sloneczku. Tak, tak, wiem, brzmi jak prawdziwa scena filmowa: wpadam zmoknieta do kawiarenki i pokrzepiam sie parujacym kubkiem kawy. W tej sytuacji jednak wolalabym juz dotoczyc sie do pracy, wlaczyc sobie grzejnik i tam w spokoju pokrzepic sie kawa, zanim zacznie sie codzienny ruch.

Zatem: dziekuje, postoje. Swoja codzienna obowiazkowa kawe wypije w domu, przed komputerem, w jednym ze swoich ulubionych kubeczkow.

Czarna, z lyzeczka cukru.

Lakoma
6 .



16 lipca 2007
Czesc, Potteromaniacy!

Potteromaniaczka jestem od czasu studiow, kiedy moja przyjaciolka, Puchacz, kupila dwie pierwsze czesci Harry'ego swojej mlodszej siostrze i dala mi przeczytac. Nie wpadlam w zachwyt od razu, po prostu dobrze mi sie czytalo i uznalam, ze fajnie jest wrocic do czasow dziecinstwa choc na chwilke (no, moze na troche dluzej).

Po przeczytaniu czesci trzeciej nastapil zachwyt i zostalysmy oddanymi fankami Syriusza Blacka (ktorego sobie absolutnie nie wyobrazalam tak, jak go potem wykreowal Gary Oldman). Rozne, zaczerpniete z Harry'ego zwroty weszly do naszego codziennego jezyka: wysle ci sowe, mawialysmy zamiast wysle smsa. Dementorami zwalo sie policjantow lub straznikow miejskich. I tak dalej. Czesc czwarta podowczas byla dopiero tlumaczona na polski, dlatego kiedy udalo mi sie dopasc wersje oryginalna, to ja od razu przeczytalam. Zasob mojego slownictwa poszerzyl sie natychmiast o slowka z zakresu magii i czarnoksiestwa, typu: cauldron, wand, jinx, potion etc.

Kiedy mialam troche smutniejszy etap w moim zyciu, moja niezastapiona przyjaciolka, Puchacz, sprezentowala mi pod choinke czteropak Harry'ego w oryginale. Potem dostalam (rowniez w prezencie, od innej fajnej kolezanki) czesc piata w oryginale, na jakies dwa miesiace przed wydaniem wersji polskiej. Czytalam wszedzie: w metrze, w kuchni, w pracy (tak, tak). Poryczalam sie absolutnie (tym, co nie czytali nie zdradze w jakim momencie, ci, co czytali, wiedza), ostatnie sto stron czytalam dwa razy, zeby sie upewnic, ze na pewno tak sie wydarzenia mialy (bo na przyklad Buhajowi w kinie musialam wytlumaczyc, bo biedaczek nie doslyszal, jakie zaklecie wrzasnela Helena Bohnam-Carter i sie zagubil).

Czesc szosta zamowilam z Amazona bedac juz na Wyspach, a historie, ktora sie wiaze z tym zamowieniem, mozna przeczytac tu. Ryczalam rowniez i to zanim doczytalam do konca, bo mnie cos naszlo i zajrzalam na ostatnie strony chyba drugiego dnia czytania. Wczesniej usilowalam wydebic jak najwiecej informacji od kolezanki z pracy, ktorej maz pracowal w drukarni w Bungay (bo wtedy mieszkalam bardzo blisko Bungay, czyli miejsca gdzie jest drukowany Harry), ale twierdzila, ze nic nie wie, bo maz podpisal oswiadczenie, ze nikomu nie powie pod grozba zwolnienia z pracy.

A teraz mieszkam blisko miejsca, gdzie zostala ukonczona czesc siodma (hotel Balmoral w Edynburgu). Prawde powiedziawszy przejezdzam kolo niego codziennie w drodze do pracy.

Amazon przyslal mi juz maila, ze ksiazka jest w drodze do mnie, ale ja wiem, ze dostane ja dopiero w sobote rano. Oznacza to, ze niecierpliwie rozetne pudelko zaraz po tym, jak je wyrwe listonoszowi i w pizamie zasiade do czytania. Zejdzie mi zapewne caly weekend, a Buhaj bedzie mi musial donosic kanapki. Zreszta Buhaj juz sie cieszy, bo mowi, ze sie mnie pozbedzie na czas czytania... No, niewatpliwie, niech tylko sprobuje mi przeszkadzac pytaniami typu: co na obiad?

Obiad? Obiad jest naprawde malo istotny. Znacznie wazniejsze jest odnalezienie i zniszczenie horkruksow.

(Nudze sie w pracy i czytam Harry'ego w postaci e-bookow)

(A moze zaloze bloga o Harrym? Bo to chyba druga najpopularniejsza kategoria blogow po blogach o paznokciach)



Dodatek:

Poniewaz Buhaj ma czasem problemy z zapamietaniem imion, opracowalismy sobie zestaw skojarzen, ktorych uzywamy, kiedy rozmawiamy o Harrym. Oto on:

Harry - Harry
Hermiona - Hermiona
Ron - Rudy Ron
Fred i George - blizniaki od Rona
Ginny - siostra Rona
Voldemort - zly bez nosa
Dumbledore - czarodziej z broda
Syriusz Black - Gary Oldman
Severus Snape - Alan Rickman
Gilderoy Lockhardt - Kenneth Branagh
Dolores Umbridge - Rozowa
Sybilla Trelawney - wrozka w okularach
Neville Longbottom - czarny, co zemdlal od mandragory
Cho Chang - ladna Chineczka
Draco Malfoy - Hitler Jugend
Remus Lupin - wilkolak
Peter Pettigrew - szczurek
Lucjusz Malfoy - wiedzmin

Szalonooki Moody - szalony profesor z okiem
Argus Filch - brudny wozny
Zgredek - Putin
Dementorzy - latajace mumie albo szmaciaki

Lakoma
6 .



13 lipca 2007
Myszon musi umrzec

Byl sobie myszon. Mieszkal w pewnej kamienicy w Edynburgu i krazyl miedzy mieszkaniami. Na parterze podkradl okruszka, na drugim kawalek serka. Zylo mu sie niezle.

Myszon byl maly i sprytny. Mial duze uszy, ogon, jak sznurowke i bardzo szybkie lapki. Znikal zanim ktokolwiek zdazyl sie zorientowac, ze myszon w ogole w mieszkaniu byl.

W mieszkaniu na pierwszym bywal z rzadka. Na poczatku troche sie bal, bo mieszkal tam Pan, co umial glosno krzyczec. Wkrotce jednak odkryl, ze w mieszkaniu na pierwszym na podlodze laduja resztki jakichs egzotycznych, niebiansko smacznych potraw. Myszon postanowil wiec bywac tam jak najczesciej. Pan jakos nie krzeczal, zdaje sie, ze myszona przegapil. Natomiast Pani... Pani piszczala i swiecila myszonowi lampa po oczach. I wiedziala, ze jak myszon siedzi cicho za szafka, to wcale nie uciekl. Krzyczala cos w dziwnym jezyku i myszon uciekal. Wracal w nocy. Ktorejs nocy troche sie nacial, bo jak biegl przez pokoj, to wpadl na noge Pana. Pan sie wprawdzie nie poruszyl, ale zaraz poszedl do lazienki, gdzie Pani brala prysznic i powiedzial cos szybko, podniesionym glosem. Myszon nie wiedzial, co.

Pan powiedzial:

-Ta glupia mysz musi zginac. Idiotka prawie mi weszla do nogawki.

Nastepnego dnia w kuchni pojawily sie pulapki.

Myszon od tej pory sie nie pokazal.

- Ha! The mouse is clever! - mowi Joanna.

Ale i tak musi umrzec.

Lakoma
4 .



10 lipca 2007
Scottish Street Fashion

W zasadzie nie Scottish, a British, bo na calych Wyspach jest tak samo - Szkocja rozni sie tylko tym, ze faceci chodza w spodnicach. Naprawde. Chodza. Szczegolnie na mecze.

Jesli chodzi o brytyjska mode, to obowiazuja pewne zasady, zebrane ponizej w funcjonalny dekalog.

Po pierwsze: jesli sie ma nadwage, to nalezy ja wyeksponowac. Czyli na przyklad, jesli nosisz rozmiar 20 (europejskie 48) to zakladasz mini-spodniczke, topik, ktory konczy sie pod biustem i WEDGES czyli jak najwyzsze koturny. Obwieszasz sie bizuteria i paradujesz po Princes Street. Na zwalach tluszczu w okolicach kosci ogonowej tatuujesz sobie tribala. Acha, no i koniecznie przekluwasz pepek. I jezyk. I brew. I sutki.

Ewentualnie zakladasz LEGGINSY oraz FROCK, czyli tunike, w ktorej wygladasz jak maly slonik. Ale za to jak modnie! Swietnie sie tez sprawdzaja topy odciete pod biustem i najlepiej jeszcze zawiazane z tylu. Wygladasz jak w 10 miesiacu ciazy, ale who cares - jestes modna i masz taki sam top, jak Kate Moss.

Jesli jestes szczupla, ubieraj sie w habity. Inaczej zaraz napadnie cie tlum napalonych Wyspiarzy trujac, ze masz style i class. No, chyba, ze tak lubisz (jak chcesz wiedziec, co oni potrafia po pijaku, to poczytaj doniesienia z Polski)...

Po drugie: absolutnie nie zwazasz na pogode i zakladasz to, na co akurat masz ochote. Zreszta - wszyscy wiedza przeciez, ze w zimie nosi sie sandaly, a latem kozaki. Spacer w lodowatym deszczu w sandalach to niezly fun. Podobnie, jak przyjemne ciepelko z porzadnych boots, kiedy sloneczko na niebie. Poza tym, tak naprawde zimy na Wyspach nie ma, snieg pada z rzadka i zaraz topnieje. Lata tez nie ma, bo caly czas pada, a te kilka dni upalow tylko potwierdzaja regule. W takiej Szkocji pogoda zmienia sie 40 razy na dobe, wiec jak rano sie zapowiada piekny dzien, nie zakladaj przypadkiem japonek. Zaloz grupe rajstopy i mokasyny. Najlepiej rajstopy czarne, a mokasyny turkusowe albo rozowe.

Bo po trzecie: nie zakladaj absolutnie rzeczy, ktore do siebie pasuja. Turkus z wscieklym rozem i milion zlotych wisiorkow? To jest to! Dzianinowe spodnie i bluzka z cekinow? Jak najbardziej. I pamietaj, ze na nogi do tego adidasy. Dres z Matalana i torebka D&G albo Donny Karan - niech wiedza, ze kupujesz w Harvey Nicksie! A drugie sniadanie w little brown bag z Bloomingdale'a, ktora przywiozlas z wypadu do Nowego Jorku (wszyscy wiedza, ze tam sie lata na zakupy).

Po czwarte: na szyi wieszasz na specjalnej smyczy I-Poda, bo kto nie ma I-Poda odpada w przedbiegach. Jak masz jakis inny odtwarzacz MP3, to go schowaj do kieszonki i koniecznie kup sluchawki do I-Poda.

Po piate: nie maluj sie wcale, albo wieczorowo. Wszystkie tzw. niewidoczne makijaze sa do bani. Albo gruba kreska dookola oka, albo nic. Paznokciami nie ma co sobie zawracac glowy. takze tymi u stop. Tam sie bedziesz bawic w jakies bazgranie, jak sie nawet schylic do stopy nie mozesz. Ty nie widzisz swoich stop, to inni tez nie zauwaza.

Po szoste: wlosy musza byc modnie wycieniowane, ufarbowane na pasemka w 40 kolorach i nie umyte. Ogladasz Britain's Next Top Model? No wlasnie. We wszystkich innych wersjach programu dziewczyny mialy zawsze czyste wlosy oprocz tej. Tluste wlosy rzadza.

Po siodme: nie musisz sie myc, pod warunkiem, ze zawsze masz przy sobie dezodorant. Jak cos ci nieprzyjemnie pachnie spod pachy, to sie spryskujesz i po bolu.

Po osme: bielizna. Nie istnieja inne majtki niz stringi i thongi. Sama rozumiesz: musza ci wystawac ze spodni, jak proca. Im wiecej ich widac, tym lepiej.

Po dziewiate: CHARMS obowiazkowo przyczepione do komorki. Rybki, kotki, sloniki, co tam chcesz. Byle dzwonilo. Telefon tylko z klapka. Wez sie nawet nie wyglupiaj z jakimis starymi modelami Nokii. Przeciez musi grac najswiezszy przeboj Rihanny!

Po dziesiate (last but not least): paczka ulubionych chipsow pasuje do kazdego stroju.



PS Zadbane, ladne i normalnie wygladajace dziewczyny tez sie na Wyspach zdarzaja. Wiekszosc to Polki.

Lakoma
18 .



05 lipca 2007
Gotuj z Lakoma cz. 3

Powrot do korzeni, czyli golabki duszone (bo sa tez pieczone)

Golabki sa proste jak parasol, tylko robi sie je i robi.

Po pierwsze trzeba kupic duza glowke bialej kapusty. Uwaga dla osob mieszkajacych na Wyspach: ostatnio juz normalna biala kapusta jest, ale wczesniej widzialam tylko wersje lilipucia, ktora tez jest dobra, ale trzeba kupic ze trzy i zrobic lilipucie golabki. Czyli golabeczki.

Kapuscie wycinamy glaba, wkladamy ja do gara z woda i obgotowujemy. Jak juz liscie beda z deczka miekkie, to trzeba je oddzielic. Im bardziej goraca kapusta, tym latwiej odchodza, niestety; polecam oddzielanie przy pomocy dwoch widelcow. Jesli po oddzieleniu lisci wierzchnich okaze sie, ze srodkowe liscie sa jeszcze twarde, to nalezy kapuste jeszcze raz wrzucic do gara i jeszcze troche podgotowac. Jak juz mamy kupke oddzielonych lisci, to mozemy sobie pogratulowac - najgorsza robote mamy za soba.

Farsz robi sie tak:

Mielone mieso miesza sie z ryzem (niektorzy wola z kasza) i podsmazona na szklisto cebulka oraz przyprawami wedle smaku (sol, pieprz, papryka itepe). Najlepiej miesza sie lapa.

Ostatnio wzielam (mniej wiecej) poltorej glowki kapusty (sredniej) (bo pol mi Buhaj zezarl surowej) 40 dkg miesa i poltorej szklanki ryzu i mi zostalo. Jakby mi Buhaj nie zjadl to pewnie byloby ok. Ach, i poniewaz kapusta byla srednia, to w polowie obierania liscie byly tak mikroskopijne, ze sie nie nadawaly (potem to poszatkowalam i usmazylam z boczkiem i Buhaj sie zajadal).

Do kazdego liscia ladujemy farszu i zawijamy, najpierw boki do srodka, a potem zwijamy w rulonik. Mozna zawiazac nitka, jak ktos sobie zyczy, ale nie ma potrzeby, bo raczej sie nie rozwalaja - gotuje sie je poukladane elegancko w warstwy, a nie plywajace po garze.

Na dno duzego gara wkladamy duze, wierzchnie liscie z kapusty (skazujemy je tym samym na prawie pewne przypalenie). Na tych lisciach ukladamy warstwy golabkow. Potem to wszystko zalewamy woda z rozpuszczona kostka bulionowa (albo nawet dwoma). Dorzucilam ostatnio jeszcze garsc suszonych warzyw i troche Vegety. No i gotujemy, az kapusta bedzie miekka.

Golabki podajemy z sosem pomidorowym, ktory robi sie tak:

Bierzemy wode, w ktorej sie udusily golabki, dodajemy przecier pomidorowy i zabielamy smietana (Wysparze: przecier mozna kupic w Sainsbury, pod nazwa tomato paste, normalna smietane tez w fioletowym pojemniczku, nazywa sie soured cream). Golabki mozna jeszcze poddusic w sosie i podawac.

Niebo w gebie (znikaja w try miga)!



Lakoma
16 .



04 lipca 2007
Slowko w sprawie spisu lektur

Nie wiem, jak Was, ale mnie spis lektur napawal dosc dlugo obrzydzeniem. Zawsze na koniec roku szkolnego spisywalo sie lektury na rok nastepny, zeby mozna sie bylo w nie zaopatrzyc albo nawet je przeczytac w wakacje.

Jasne, a potem sobie czlowiek obrzydzal wakacje czytajac Syzyfowe prace czy innego Lorda Jima.

Mialam przeblyski nawrocenia na lektury, kiedy mi sie ktoras spodobala, np. Krzyzacy, a potem W pustyni i w puszczy, a potem jeszcze Mistrz i Malgorzata i Ferdydurke [sic!]. No, ale potem zawsze musialam przeczytac, dajmy na to, Pamietnik z Powstania Warszawskiego i mi przechodzilo (nie mam nic do Bialoszewskiego, po prostu uwazam, ze moja wiedza literacka wowczas byla do bani, okrojona i czytelnikiem tez bylam wtedy srednio wyrobionym i na tym etapie Pamietnik byl po prostu nie do przebrniecia. Mirona tak naprawde odkrylam pozniej).

Teraz pewnie wyjde na literackiego jelopa, a tu, jakby, nie o to chodzi. Chodzi o to, ze sam fakt przymusu moze obrzydzic czytanie najfajniejszej ksiazki. a potem jeszcze tzw. "przerobienie" (na co? na niestrawna papke!) lektury na lekcjach polskiego zniecheca czlowieka do pewnych pozycji ze spisu. Niektorych zapewne zniecheca do poszczegolnych autorow, a jeszcze innych do czytania w ogole.

Moim skromnym zdaniem nalezy sie cieszyc, ze Gombrowicza nie ma w spisie. Jestem przekonana, ze mnostwo ludzi siegnie teraz po Ferdydurke, po to chociaz, zeby dociec, czemu Roman tak bardzo biednego Witolda nie lubi. A ja chyba wroce do Transtlantyku, ktory z poczatku dosc mi sie podobal, ale niespecjalnie nadawal sie do czytania w autobusie w drodze do pracy.

Mysle sobie, ze zamiast robic wielkie halo o romanowe rewolucje w spisie lektur, warto by przyjrzec sie raczej metodom prowadzenia lekcji polskiego. Co za roznica, co sie w tym spisie znajdzie, jesli w dalszym ciagu czytanie bedzie dla biednych uczniow uciazliwym przymusem, a nie przyjemnoscia, a omawienie nie bedzie cwiczeniem kreatywnosci i wyobrazni, a wykuwaniem na blaszke ogolnie przyjetych interpretacji utworow. Interpretacji, ktorej uczen sam by nie wymyslil zreszta, bo jego wiedza z literatury, krytki, filozofii jest zbyt ograniczona. Najlepszy sposob na to, zeby ludzi zniechecic do czytania na cale zycie, nie tylko Sienkiewicza, ale i Dobraczynskiego i do czytania w ogole.

PS Chce wyjasnic, ze ja sie nie zniechecilam do czytania po szkolnych doswiadczeniach z lekturami, acz czuje nieodparty wstret do niektorych autorow (np. Dostojewskiego - kiedys usilowalam sie zmusic do przeczytania Biesow i to bylo bardzo bolesne. Poddalam sie po 30 stronach). Zajelo mi tez dobrych pare lat czytania odkrycie, dlaczego niektore utwory w szkole interpretowalo sie tak, a nie inaczej. Nastepne pare - polubienie niektorych autorow (moze i do Dostojewskiego sie przekonam, ale chyba raczej nie dzieki Biesom. Siegne sobie raczej po Idiote.) (Nie mialam nic na mysli wybierajac ten wlasnie tytul) (Nie sugeruje tu zadnego podobienstwa miedzy obecnym ministrem oswiaty a Ksieciem Myszkinem - bo go nie ma) (A ze obecny minister oswiaty jest idiota... tego nie powiedzialam, bo za to ktos by mnie mogl pozwac do sadu).

Lakoma
6 .



02 lipca 2007
Gen wspolczucia

- Nie posiadam genu wspolczucia - oswiadczyla Karon zagladajac dzis rano do naszego pokoju. - Nie posiadam w szczegolnosci, kiedy ktos naraza na niebezpieczenstwo moich najblizszych.

Okazalo sie, ze jedna z siostrzenic Karon miala w sobote przyleciec do Glasgow z srodkowej Anglii. Jej samolot wyladowal planowo, w momencie, w ktorym plonacy Jeep Cherokee wpakowal sie w drzwi terminalu. Brat Karon z synem akurat czekal na corke wewnatrz terminalu i zobaczyl wszystko dokladnie, a jego 11-letni syn niezle sie przestraszyl widzac wypadajacego z samochodu plonacego czlowieka. Karon stwierdzila, ze nie jest jej zal poparzonego, bo sam sobie zasluzyl.

Pomyslalam sobie, ze zgadzam sie absolutnie, a potem pomyslalam, ze to wlasnie efekt nasilajacych sie przez ostatnie lata atakow terrorystycznych. Strach i nienawisc. Niepokoj, jaki mi towarzyszyl, od kiedy podano informacje, a potem wlasnie ta swiadomosc braku genu wspolczucia. Let him burn - chcialoby sie powiedziec do policjanta, ktory ugasil plonace ubranie terrorysty.

Swoja droga (stwierdzilysmy dzis z Joanna), czujemy ponura satysfakcje, ze jedyna osoba poszkodowana w wyniku ostatnich wydarzen (poczawszy od odkrycia samochodow pulapek w Londynie) jest wlasnie jeden z terrorystow. Od 11 wrzesnia 2001 mielismy chyba gdzies wewnatrz przekonanie, ze terrorysci sa zawsze swietnie przygotowani i zdolni do wszystkiego. I ze w wyniku ich atakow zawsze ginie mnostwo niewinnych ludzi. A tu sie okazuje, ze wcale niekoniecznie.

Kiedy w zeszle wakacje Scotland Yard ujawnil informacje o udaremnieniu planowanych atakow terrorystycznych (od tego czasu wprowadzono ograniczenia dotyczace wnoszenia plynow na poklad samolotow), pojawila sie plotka, ze cala ta akcja Scotland Yardu byla wymyslona, miala znaczenie propagandowe. Zebysmy przestali myslec, ze terrorysci sa niepokonani. A oni, ze nie sa bezkarni.

Nawet jesli - to, co z tego? Terroryzm to przeciez w glownej mierze wojna psychologiczna, wiec dlaczego i my nie mamy walczyc z terroryzmem psychologia i propaganda?

Nie podoba mi sie, ze, chcac nie chcac, jestesmy na wojnie. Nie podoba mi sie niepokoj, ktory czlowieka dopada, gdy slyszy o kolejnych atakach (szczegolnie jesli uderzaja tak blisko).

A nade wszystko nie podoba mi sie, ze nagle, podswiadomie, usunieto mi gen wspolczucia i nic nie moglam na to poradzic.

Lakoma
17 .